top of page

SEARCH RESULTS

Search this site

Znaleziono 15 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Dobra, czyli jaka?

    Nie ma co chłostać się i umartwiać faktem, że nasza komunikacja nie jest perfekcyjna. Zadbajmy o to, aby była dobra. To wystarczy. Ale dobra ...to znaczy jaka? Speców od komunikacji jest wielu... rzecz jasna! Porad i wskazówek, jak komunikować całe tysiące - wystarczy grzebnąć w Internet. Czasem coś ciekawego przeczytamy, ktoś do nas dotrze i spróbujemy modyfikować swoje nawyki komunikacyjne. Ekspresem przekonujemy się jednak, że teroria jest całekim prosta i super fajna, ale praktyka to zupełnie inna opowieść. Cóż... Zadbajmy o to, aby komunikacja była po prostu dobra. To wystarczy. Ale dobra ...czyli jaka? Moim zdaniem nie ma co szukać perfekcji w czymś, co nie może być perfekcyjne. Po pierwsze dlatego, że nie wiemy, jak wyglądałaby taka perfekcja. Po drugie dlatego, że komunikacja stale się zmienia i to, co uważamy za perfekcję także. Po trzecie zaś natrętna dbałość o perfekcyjne komunikowanie buduje bariery. Nieperfekcyjność nadaje nam naturalności, smaku, pokazuje, ze jesteśmy podobni do innych. A to zbliża i pomaga urealnić naszą komunikację. Osadzić ją w środowisku ludzi nieperfekcyjnych, to znaczy takich jak my sami. Wystarczy zatem, żebyśmy stawiali na dobrą komuniację. Ale co to znaczy? Takie pytania słyszałem już wiele razy podczas różnego rodzaju spotkań lub szkoleń. W moim odczuciu dobra, jakościowa komunikacja to taka, która z jednej strony pozwala nam skutecznie wspierać i realizować cele osobiste lub biznesowe (w przypadku komunikacji firmowej), a z drugiej strony jej styl i forma wynikają i przejawiają się w szacunku do drugiego człowieka. I teraz można zapytać dalej, czy na przykład manipulacja może być przykładem dobrej komunikacji, skoro wspiera (a często także) pomaga realizować cele? O to zapytała mnie pewna uważna słuchaczka szkolenia (Pani Agnieszko, pozdrawiam!). Manipulując, można być przecież super miłym człowiekiem i okazywać pełen szacunek innemu. Zaakceptujmy najpierw fakt, że wszyscy manipulujemy. Od dziecka. Mniej lub bardziej świadomie. W tych drobnych i tych ogromnych sprawach. Jeśli natomiast manipulacja jest w pełni świadomym kłamstwem, środkiem pozwalającym osiągnąć cel, to sami rozumiemy, że godzi w drugi człon podanej wyżej definicji. Kłamstwo nie jest przejawem szacunku. Ale pojawia się kolejne pytanie, które także często słyszę. Czy można mówić o dobrej komunikacji, przekazując innym negatywne opinie, na przykład o ich usposobieniu, pracy, wykonywanych czynnościach? Oczywiście! Wszystko zależy tu od formy, doboru słów, wyboru narzędzi komunikatu otwartego (np. otwarcia emocjonalnego). Jest przecież wyraźna różnica, czy krótki wykrzynik "do dupy!" wypowiem krzykiem, czy spokojnie. Czy się przy nim uśmiechnę, czy puszczę oczko? Czy zakończę na nim wypowiedź, czy też uzupełnię je poprzedzającym lub następującym komunikatem wyjaśniającym? Każdy raczej czuje, że taka różnica występuje. Dlatego forma i styl są ważne i to one często decydują o tym, że przy kimś czujemy się lepiej a przy kimś innym źle. Nawet, jeśli wypowiadają te same sentencje. Dobra, jakościowa komunikacja to taka, która z jednej strony pozwala nam wspierać i realizować cele osobiste lub biznesowe (w przypadku komunikacji firmowej), a z drugiej strony jej styl i forma wynikają i przejawiają się w szacunku do drugiego człowieka. Następym elementem dobrej komunikacji jest jej cel. Zakładam, ale znów mówię za siebie i ze swojej praktyki, że dobra komunikacja tworzy przestrzeń do współpracy. Jest to przestrzeń, która wyzwala w ludziach chęć działania, wzajemnej interakcji oraz inspiracji. W takiej przestrzeni dobra komunikacja jest narzędziem samopowielającym się. To znaczy takim, którego styl jest chętnie podchwytywany przez (na przykład) innych członków zespołu. Wtedy też mówi się często, że atmosfera w firmie jest fajna albo przyjazna. Znam przykład menedżera, który mówiąc do swojego współpraconika "kiciuś, spierdoliłeś", nie wywołuje u niego ani złości, ani blokady emocjonalnej, ani strachu, ani nawet myśli "jestem mobbowany". Wszystko dlatego, że zacytowany zwrot osobowy nie wynika z braku szacunku, lecz jest charakterystycznym (dość jednak frywolnym) stylem komunikacji tego człowieka. Co więcej, stylem akceptowanym przez innych. A ci ludzie akurat określili atmosferę działową słowem "wspaniała". Cel biznesowej komunikacji. Często o nim zapominamy. Celem firmowej komunikacji nie jest osiągniecie stanu "aby było milutko". Jest nim wspieranie interesu firmy. To oznacza, że opierając się o szacunek do interesariuszy (w tym pracowników) firma dba o swój jak najlepiej pojęty interes. Interes, którego powodzenie zapewnia również dalsze korzyści działajacym na jej rzecz ludziom. Tak przynajmniej powinno być. Nie wejdę przy tej okazji w temat korpo-feudalizmu XX i XXI wieku. Zatrzymam się na wierze, że przestrzeń do współpracy oznacza także dobre jej warunki. Jest jedna kwestia, która wymyka się definicji, ale jest bardzo istotną częścią dobrej komunikacji. To osobista dbałość o pracę z emocjami i nastawieniam komunikującego. Wybaczcie, temat ten poruszę chętnie - lecz w innym wpisie. Na dziś wystraczy :) Piotr Komunikacja społeczna, komunikacja firmowa, komunikacja interpersonalna, uśmiech, kultura uśmiechu, komunikacja

  • Wujek parszywe oczko

    Agresywny język lub postawa ciała niekoniecznie świadczą o sile. Bardzo często są jej odwrotnością. Komunikują lęki oraz strach i obnażają niziny tego, który chciał być górą. Kilka lat temu pewien PR spec usiłował wciągnąć mnie w świat rodzimej polityki. Nie byłem zainteresowany z dwóch powodów. Pierwszy - poglądy tej konkretnej partii politycznej pozostają dla mnie niezwykle odległą galatyką, drugi - styl uprawianej w Polsce polityki. A w zasadzie niestyl, którego reprezentntami - we wszystkich kolorach parlamentarnych - są karierowicze, cwaniaczki, krzykliwe Dyzmy, bajeranci, którym zależy na władzy i podpisie na wizytówce "sekretarz stanu". Choć taki bajerant nie wie oczywiście, dlaczego akurat "stanu". Rzekłem twarde "nie". W odpowiedzi usłyszłem, że polityka to walka, brud i smród, a wszystko po to, żeby ludziom żyło się lepiej. Trzeba być sprytniejszym, szybszym i umieć skorzystać z okazji. To gra, w której należy pokazać zęba, a inni na pewno będą chcieli go wybić... Z każdym kolejnym zdaniem byłem dalej od oferty. Lata doświadczeń w pracy z ludźmi przynoszą mi całkiem nielichą podpowiedź, że typy pokazujące pazury, kły, liczni wielcy i głośnouści, zdeterminowani, napompomowane własnym ego osobniki są w istocie tymi, którzy mają niskie poczucie własnej wartości. Strachliwe, pełne różnych lęków istoty. Wujek Parszywe Oczko nie jest groźny, choć groźnie się patrzy. Karczek z futbolowej bojówki nie jest człowiekiem silnym, choć łazi okrakiem i poci się pod sztangami. Garniturowy krzykacz i ręko-machacz nie pokazuje swojej korporacyjnej potęgi, choć z pewnością chce, żeby tak właśnie go postrzegać. To są postaci z popkultury. Komisku. Prawdziwie silni nie obnażają siły. Prawdziwie straszni nie straszą ani słowami, ani groźbami. Z podziwem patrzę w tę stronę kultury światowej, gdzie ludzie faktycznie dostrzegają komunikaty ukryte za stylem i gestami. W świecie polskiej polityki ludzie stawiają na arenę, nie na pole współpracy. Wujek parszywe oczko wciąż jest kimś, choć tak naprawdę niezbyt wiadomo kim. Zupełnie niedawno Jacinda Ardern ustosunkowała się do swojej kariery politycznej. Jak to brzmiało? "Jedną z krytycznych opinii, z którą mierzyłam się od lat była ta, że nie jestem wystarczająco agresywna lub asetywna, ponieważ jestem empatyczna, a to oznacza, że jestem słaba. Jestem absolutnie temu przeciwna. Odrzucam przekonanie, że nie można być równocześnie osobą współczującą i silną." Wujek Parszywe Oczko twierdzi, że nie można. I cała masa pseudo liderów (politycznych, społecznych, biznesowych) także. Nadal ulegamy złudzeniom, że opuchnięte bicki i kwadratowa szczęka są oznaką twardego gościa, a jak spojrzę na kogoś ze zwykłą czułością, to na pewno jestem miekka faja. Piotr

  • Gdy dzień jest taki sam od stu lat...

    a wszystko wokół wyzute z kolorów, niezachwycające i pospolite. Gdy mamy gorszy dzień, to… mamy gorszy dzień. Po prostu. Ta świadomość pozwala też lepiej się komunikować. Nie ma co udawać, że nic mi nie jest. Nie ma co strugać bohatera, że jest mi jak nigdy lepiej. Nie ma co maskować swoich nieporadności – wolniejszego kojarzenia, błądzenia myślami, niemocy skupienia. To na nic. Osoby, które nas znają i tak będą wiedziały, że coś jest „nie halo”. Inni stwierdzą co najwyżej ot, dziwny gościu. Jednak owa dziwność zmieni się, jeśli nasz gorszy dzień objawi się komunikacyjną agresją wobec innych: atakiem o byle co, brzydkim odpysknięciem, słownym fuknięciem, wypominaniem minionych spraw lub co gorsza zwulgaryzowaniem człowieka (ty taki owaki…). To co w dużej mierze ma szansę „znormalizować” naszą komunikację w oczach innych, a również uspokoić po części i nas samych, to świadomość stanu. Mówmy wówczas nie o tym, co chcemy zataić, ale o tym co czujemy. Słuchaj, to nie jest mój najlepszy dzień… Źle się dziś czuję… Nie potrafię się dziś skupić, w głowie mam zupełnie inne myśli… Jestem trochę oderwany od rzeczywistości… Nie czuje się dziś na siłach towarzyszyć Ci w tej rozmowie… Nie obrażamy się na brak uwagi, jeśli ktoś do nas tak powie. Z reguły nie. Co więcej, wyzwalamy w sobie odrobinę współczucia do siebie i dla tej osoby, że być może nie odpowiadamy jej dziś właściwym poziomem atencji. Przyznanie się przed sobą (i innymi) do wewnętrznego stanu jest też początkiem uspokojenia. Może być także emocjonalnym zwrotem, po którym nabieramy innej perspektywy i zaczynamy odczuwać przeciwne emocje. Stąd właśnie bierze się potęga tak zwanego „otwarcia emocjonalnego”. Mówimy o tym co czujemy i jaki to ma związek z tym co właśnie robimy. „Nie jestem dziś dla ciebie najlepszym towarzyszem do rozmowy. Zdaję sobie z tego sprawę, ale mam dziś gorszy dzień i nie potrafię wczuć się w temat naszej rozmowy… Dlaczego o tym piszę? Bo gorszy dzień zdarza się każdemu. Wiele gorszych dni to już być może sygnał, że dzieje się coś niepokojącego i należy skorzystać z porady specjalisty (np. psychologa). Natomiast – niezależnie od skali – pokazanie innym „człowieka”, swoich chwilowych słabości jest przepustką do wzmocnienia (a nie do osłabienia) relacji. Piotr Komunikacja interpersonalna / Komunikacja wewnętrzna / Komunikacja

  • Praca WSPÓŁ

    To, w jaki sposób podchodzisz do swoich obowiązków (również zawodowych) zdradza język, którym bardzo często nieświadomie się posługujesz. Lata praktyki zawodowej uświadomiły mi dwie istotne kwestie. Pierwsza z nich to taka, że osoby wewnętrznie nastawione na współpracę starają się dobrze komunikować i często dbają o jakość komunikacji u innych. Druga, że ludzie mówiący głośno, iż "komunikacja nie działa", niewiele wiedzą o tym, jak faktycznie ona działa. O drugim przypadku, czyli osobach stawiających się de facto poza procesem komunikacji (i bardzo często zastępujących współpracę wykorzystywaniem innych), pisałem już i na razie nie zamierzam do tematu wracać. Ale pierwsza kwestia jest warta uwagi, ponieważ za rzadko jej doświadcza w środowisku firmowym. Jasna sprawa, że większość z nas mówi dość nieświadomie. To znaczy wiemy, co chcemy powiedzieć, ale rzadko kiedy staramy się dostrzec co takiego naprawdę mówimy i przekazujemy. Praktyka świadomego komunikowania (werbalnego i niewerbalnego) zajmuje lata i prawdopodobnie nigdy nie będziemy w niej perfekcyjni. Nawet osoby zawodowo zajmujące się komunikacją będą na tym polu stękać i kuleć. Jednak, czy chodzi o to, aby być perfekcyjnym, czy może po prostu, żeby robić postępy? Ta - nazwijmy ją - ułomność naszych komunikatów ma również swoje zalety. Często podpowiada faktyczne intencje lub podejście rozmówcy. Tak też dzieje się w pracy. Mam znajomą, która z pasją w głosie jest w stanie opowiedzieć o nawierzchni, jaką kładzie firma budowlana, w której pracuje. Z takim samym pozytywnym zacięciem potrafi barwnie opisać drogę (dosłownie drogę), po której idzie do najbliższej Żabki. Znam jednak i takie osoby, które każdego dnia po prostu "lezą do roboty", "odbębnią swoje w fabryce" albo ciągle chodzą na spotkanie z "tym pacanem". Pomijając fakt, że rzeczony "pacan" niekoniecznie musi być "pacanem", samo nastawienie do tego spotkania i rozmowy jest już niepokojące. A nastawienie jest kluczowe. Osoby wewnętrznie nastawione na współpracę starają się dobrze komunikować i często dbają o jakość komunikacji u innych. Uwielbiam słowo "współpraca". Mówi ono, że nie pracuję sam i że efekt pracy jest wspólny. Mogę zatem liczyć na wsparcie, mogę liczyć na pomoc, mogę inspirować kogoś i samemu zostać zainspirowanym. WSPÓŁpraca to współdzielenie idei, miejsca, określonych czynności, komunikacji, wypracowywania rozwiązań, testowania, usprawniania, to także wspólne cieszenie się ze wspólnych sukcesów lub wspólne naprawianie popełnionych błędów. WSPÓŁpraca wymaga zauważenia drugiego człowieka. Wysłuchania go (niekoniecznie posłuchania), dostrzeżenia jego potrzeb (i jeśli jest taka biznesowa możliwość - spełnienia ich). Drugi człowiek, z którym świadomie i chętnie WSPÓŁpracujemy, wymaga od nas, abyśmy dbali o jego dobrostan i kontrolowali własne emocje. Twój styl pracy nie jest lepszy od mojego, ani pewnie mój lepszy od twojego. Ale współpracując, możemy z korzyścią połączyć nasze potencjały. I to jest WSPÓŁpraca. Wiele lat praktyki zawodowej pokazuje mi pewną prawidłowość w obszarze komunikacji. Mówi ona, że ludzie, którzy mają wewnętrzny kompas skierowany na współpracę, znacznie lepiej komunikują wewnątrz firmy, są nastawieni na pozytywne rozwiązywanie problemów, biorą na siebie odpowiedzialność i - pomimo wziętej odpowiedzialności - mniej się stresują. Pracują także efektywniej, ponieważ swój czas poświęcają na zrozumienie zagadnienia, wyjaśnienie wątpliwości, dopytywanie i opracowanie rozwiązania, a nie na przerzucanie pracy i odpowiedzialności na inne osoby. Coś więcej? Tak! Rzadziej "częstują" innych negatywnymi emocjami. Czy znacie pozytywny antonim słowa "współpraca"? Nawet posiłkując się słownikiem, w pierwszej kolejności znajdziemy hasła typu: walka, przewaga strony, swary, napięcie, brak współpracy, wyścig, niesnaski, konkurencja, rywalizacja, konflikt. Jeszcze raz przypomnę: podejście jest kluczowe. Konflikt, rywalizacja czy swary znajdą swoje ujście w języku i postawie - choćby w chęci ciągłego udowadniania swoich racji. Znacie takie osoby? Ja przynajmniej kilkanaście. Podejście wywodzące się ze współpracy także przejawi się komunikacyjnie - jednak tu znajdziemy więcej pytań, uwagi, życzliwości, podpowiedzi, chęci zrozumienia. To zasadnicza różnica. Pytanie zatem, co zrobić z osobami, u których zauważamy niezbyt oczywistą chęć współpracy (miło napisane)? To wcale nie jest takie trudne. Można inspirować dobrym przykładem, można spróbować wywołać zmianę podejścia poprzez podniesienie rangi projektu (i odpowiedzialności danej osoby), można zachęcić do wzięcia udziału w szkoleniu kompetencji komunikacyjnych. Można wiele, bo firmy posiadają wiele indywidualnych możliwości. Tylko podstawą jest tu stwierdzenie, że firma i osoby nią zarządzające stawiają na filozofię współpracy. Bo jeśli z różnych względów podoba im się ścieżka wewnętrznego buzowania i rywalizacji, to mają pecha ci, którzy szukają pokojowego WSPÓŁdziałania. WSPÓŁpracę (ale też niechęć do niej) słychać w codziennym języku. Słuchajcie zatem uważnie! Piotr Komunikacja wewnętrzna, kultura komunikacji, komunikacja interpersonalna.

  • Bądź łebsk* i nie zaprzątaj sobie głowy!

    Przeładowanie informacyjne jest groźne dla zdrowia. Ilość oraz jakość przetwarzanych danych ma wpływ na nasze życie. Czy potrafimy sobie z tym radzić? Już w trakcie drogi do pracy bombarduje Cię kilka GIGA danych, które walczą o Twoją uwagę. I nawet jeśli pracujesz zdalnie, to zanim siądziesz do laptopa Twoja głowa przyjmie każdego poranka więcej bodźców niż robiła to 50,15, a nawet 5 lat temu. Przeładowanie informacyjne to jedna z bolączek dzisiejszego świata, która wpływa na zdrowie i jakość naszej komunikacji. Nasze mózgi mają możliwości adaptacyjne do wymagań narzucanych przez środowisko, ale adaptacje odbywają się w ramach czegoś i kosztem czegoś. Wymagają także czasu. Tymczasem ilość danych, które nasze "dzisiejsze" głowy przetwarzają wzrasta drastycznie. Każdego dnia „mielimy” – świadomie bądź nie – niespełna 40 GB danych (!), a wiele z nich skutecznie podnosi nam ciśnienie, wpływa na nastrój i relacje z innymi. Czacha pęka! Kilka lat temu naukowcy z Australii opublikowali badania, które wskazywały, że każda godzina spędzona przed telewizorem powodowała wzrost ryzyka chorób serca o 18 %. a wcześniejszej śmierci o 11 %. Jednak to nie telewizor i jego treści okazywały się zabójcze, lecz fatalne połączenie GIGAntycznej ilości bodźców oraz pozycji siedzącej. Przeładowanie informacyjne to jedna z bolączek dzisiejszego świata, która wpływa na zdrowie i jakość naszej komunikacji OK, to telewizja. Dzisiaj TV jest passé! Odchodzi do lamusa. Internety biją się o naszą uwagę. Zerknijcie na ludzi w kawiarniach – coraz częściej patrzą w ekrany telefonów. To samo w autobusach, tramwajach, w metrze, pociągach i niestety… na światłach, za kierownicą auta. Tracimy uwagę, koncentrację, czytamy „byle jak, byle szybko” (jakby to powiedział Boy) , smagamy treść, NAGŁÓWKUJEMY. Jeśli myślisz, że to tylko znak czasu, niegroźny trend, cóż… jesteś w błędzie. Media oraz codzienne otoczenie, walcząc o Twoją uwagę, po prostu krzyczą. Są przesiąknięte jaskrawymi, negatywnymi lub budzącymi obawy treściami. I robią to celowo, ponieważ właśnie te emocje przykuwają uwagę najbardziej. Wymuszają na nas chęć podążania dalej, klikania, szperania, wkręcania się w temat, który bardzo często kompletnie nas nie dotyczy. Świat wcale nie jest „gorszy”, niż był dekady temu i wcale nie zmierza w „coraz ciemniejsze odmęty”. To złudzenia umęczonego, przebodźcowanego człowieka. Negatywne emocje, którymi codziennie szprycują nas media po prostu „sprzedają się lepiej”. Powodują wzrost aktywności elektrycznej mózgu, a ten chce wiedzieć więcej i więcej, aby spełnić swoją misję i ochronić nas przed ewentualnym zagrożeniem (zob. badania University of Michigan i Johna Cacioppo). A zatem to, co ktoś sprzeda nam jako zagrożenie, "łykamy" całkiem łatwo, bez głębszej refleksji i... klikamy dalej. A klikalność dosłownie się liczy. Mediom. Stąd między innymi pochodzą ich dochody. Pamiętacie analityczkę, która odeszła „z hukiem” z Facebooka? „Kiedy żyjemy w środowisku informacyjnym, które jest pełne gniewnych, nienawistnych, polaryzujących treści, to podkopuje to nasze obywatelskie zaufanie, podkopuje naszą wiarę w siebie nawzajem, podkopuje naszą zdolność do dbania o innych” – mówiła po odejściu z firmy. Jeśli nie pamiętacie jej przekazu – przeczytajcie sobie tu: Link To, że dzisiejszy świat bodźcuje i często bodźcuje negatywnie jest faktem. Pewnie można z tym walczyć, próbować w makroskali szukać rozwiązań, które zmuszą wydawców do „zdrowego” obchodzenia się z treścią. Ale zanim to nastąpi (i jeśli kiedykolwiek to nastąpi), sami możemy odciążyć naszą głowę. Jak to zrobić? O tym nieco niżej. Ogromna ilość docierających do nas informacji wymusza podział uwagi. Czujemy, że gromadzimy dane, ale nie umiemy z nich korzystać. Szufladkujemy, ale nie potrafimy do nich wrócić. Budujemy nieprzydatne archiwa i obciążamy głowę. Zbyt duża ilość informacji powoduje, że mózg człowieka reaguje silnym stresem. Zaczyna wysyłać sygnały, które następnie odczuwamy fizycznie – w usztywnionych mięśniach, ciśnieniu krwi, gwałtownych reakcjach skierowanych do otoczenia. Zanim przyjdziesz do pracy – zwróć uwagę, jakimi informacjami najadłeś się z rana? Może Twój nastrój jest wynikiem kiepskiej medialnej diety? Andreas Weigend, jeden z szefów Amazona, już na początku nowego millenium twierdził, że ilość danych wygenerowanych przez ludzi w 2009 roku będzie większa niż przez całą historię ludzkości do roku 2008. Czy tak się stało? OK, fajnie! Dużo danych, to także pozytywny news. Tym cudowniejszy, jeśli potrafimy z nich (danych) odpowiednio korzystać. Przecież w samych danych nie kryje się „zło”. Jednak kluczem jest, czy potrafimy to robić? Czy potrafimy się nie przeładować? Bo jeśli obciążymy nadmiernie głowę i nie będziemy się ruszać (choćby sportowo), to być może głowa polubi się ze słowami „zator”, „udar”, a serce z „zawałem”. Zanim przyjdziesz do pracy – zwróć uwagę, jakimi informacjami najadłeś się z rana? Może Twój nastrój jest wynikiem kiepskiej medialnej diety? Oto kilka zachowań, które pomagają sprytniej korzystać z nieplewionych internetowych ogrodów i łatwiej uprawiać kulturę uśmiechu, czyli współpracę opartą o jakościową komunikację. Ogranicz przeglądanie newsów. Wystarczy 10 minut dziennie (na przykład 5 minut rano i 5 minut wieczorem). To sporo czasu. Wierz mi, gdyby działo się coś TAK ISTOTNEGO na świecie, o czym należałoby wiedzieć - dowiesz się. Wyłącz powiadomienia o nowych informacjach (zainstalowane w telefonie aplikacje oraz Social Media). Po co masz reagować nerwowo na każdy "PING!" ;) Nie czytaj newsów przed snem. Lepiej książkę. Najlepiej ciekawą książkę. Ćwicz postawę analityczną. Gdy czytasz (albo słyszysz) informację, która zawiera dużo ogólnych sformułowań, mocnych stwierdzeń, mów sobie STOP! Co, kto, dlaczego? Bardzo prawdopodobne, że wcale nie musisz przyswajać tej informacji, a jeśli musisz - dopytaj o szczegóły. Wtedy przynajmniej uruchomisz swoją uważność. Selekcjonuj informacje. Czytaj tylko te, które naprawdę są dla Ciebie ważne. Resztę - napiszę kolokwialnie - "olej". Nie ma sensu czytać wszystkiego. Doda i Rozenek się nie obrażą ;) Odpuść z kontrolą. Nie masz szans kontrolować wszystkich i wszystkiego (samo w sobie to brzmi głupio). Dla własnego zdrowia psychicznego nie sprawdzaj co kilka minut skrzynki e-mail, SMS lub powiadomień. Lajki są fajne... ale lajki nie stanowią Twojej rzeczywistej wartości. Dlatego nie ma co się nimi emocjonować. A wiesz, że budzi się trend 'NO LIKES, NO FOLLOW"? Nie wiem, czy to fajny trend, ale wiem, że lajki nie są warte napiętej uwagi. Szukaj mądrze. Na pewno potrzebujesz dobrych informacji. Dlatego, jeśli zaczynasz proces ich zdobywania, szukaj właściwie - sprawdzone źródła, jakościowe strony, identyfikowalni eksperci, wiarygodne badania. Czytaj i słuchaj uważnie. Może mniej przeczytasz, ale z pewnością lepiej zapamiętasz. Uwaga poświęcona drugiemu człowiekowi jest zaś pięknym prezentem. Baw się słowami, uśmiechaj się. Gry i zabawy językowe, tworzenie neologizmów, łączenie skojarzeń to pozytywna aktywność, która rozluźnia i rozwija kreatywność. Skoro udało Ci się przebrnąć przez ten tekst, to ściskam Cię z uśmiechem i... uciekaj już do świata! Piotr Kultura uśmiechu, kultura komunikacji, komunikacja interpersonalna, komunikacja wewnętrzna, blog o komunikacji.

  • Bylegesty

    Oszczędź ich sobie oraz innym. Unikanie bylegestów to kolejny prosty sposób na poprawę komunikacji oraz relacji. Zbywanie, spławianie, olewanie, ignorowanie - ludzie wyrażą to różnymi słowami. Punktem wyjścia takiej oceny będzie jednak "gest". Mój bylegest. Witam się z tobą, podaję dłoń, ale oczy wędrują na osobę obok. Fajnie się czujesz? Gorzej, jeśli byłby to biust kobiety, z którą się witam. Moja znajoma w takich sytuacjach zwykła mówić "przywitał się Pan z moim biustem, to teraz proszę spojrzeć mi w oczy i przywitać się ze mną". Bylegest. Niby pokazujemy otwartość, zainteresowanie. Niby okazujemy komuś wsparcie, niby przejmuje albo ciekawi nas czyjaś sytuacja lub prośba. Tymczasem nasze słowa, gesty, postawa ciała mówią coś zupełnie innego. - Chcę z tobą porozmawiać o czymś ważnym. - OK. Ale krótko, bo mam mało czasu... - Dam ci podwyżkę. Fajnie co? - Super! Dziękuję! - Ja cieszę się mniej. Muszę ci ją dać, bo wszyscy seniorzy dostali... - Świetnie się z tobą rozmawia. Wiesz... ja w ogóle uwielbiam wymieniać poglądy. Ktoś przychodzi do mnie ze swoim, a wychodzi z moim. Bylegesty potrafią dać pstryczka w nos. Są pośród nas wybitni specjaliści od grania bylegestami. Celowym zachowaniem pokazują komuś co tak naprawdę o nim sądzą. Jednak w przeważającej mierze po prostu nie zdajemy sobie sprawy z faktu, że bylegestujemy. Większość z nas potrafi przypomnieć sobie sytuację, w której staraliśmy się powiedzieć komuś coś ważnego, a ten ktoś ledwo potrafił zamaskować, że myślami błądzi gdzieś daleko. Albo odwrotnie. My mówimy o czymś prozaicznym, a ktoś - jakby wyrwany z planety X - entuzjastycznie, nieadekwatnie dopytuje "naprawdę?", "no coś ty?", "ale jaja...". - Zmokłem, cholera... Popsuł mi się parasol... - No coś ty? Ale jaja, niesamowite! Opowiedz... Udawany entuzjazm jest bylegestem. Udawane zainteresowanie kimś lub czymś jest bylegestem. Nieszczere poklepywanie po ramieniu, czyli rodzaj uznania - to też bylegest. Bylegestem jest również niechętne lub ostentacyjne ustąpienie miejsca starszej osobie. Fatalnym przykładem bylegestu jest gest kierowcy, który przepuszcza przechodnia, ale zamiast przyjaźnie zasygnalizować pierwszeństwo otwartą dłonią, mechanicznie macha głową, jakby oganiał się od muchy. Równie dobrze mógłby powiedzieć "no idźżeż łazęgo!" Bylegestem jest obsługowe "no...słucham" z miną, która mówi "słucham, ale mam gdzieś co powiesz". Albo słynne "proszszszsz...", jakby ktoś robił łaskę, że w ogóle nam pomaga. Bylegesty zdarzają się każdemu. Często są po prostu wynikiem zmęczenia, natłoku myśli, odruchu. Ale to właśnie świadomość naszego stanu może powstrzymywać to, co dla innych będzie nie tylko nieeleganckie, ale także przykre i deprecjonujące. Piotr Komunikacja interpersonalna / komunikacja niewerbalna / komunikacja wewnętrzna / blog o komunikacji

  • Wielkie wojny małych ludzi

    To nie ludzie odważni i silni atakują innych. Czynią to ci, którzy myślą, że są odważni i silni oraz ci z niezachwianym przekonaniem o swojej "wielkości", którą za wszelką cenę pragną udowodnić. Agresor. Ten, który atakuje i zmierza do celu nie bacząc na dobro innych. Agresor nie kieruje się szacunkiem dla drugiego człowieka. Napędza go cel, który będzie starał się osiągnąć również przemocą. Słowną, psychiczną lub fizyczną. Przemoc jest dla niego narzędziem. Podobnie jak strach i groźby, od których zaczyna. Agresję oraz przyszłe czyny słychać w słowach. Dziś, w trakcie okrutnej wojny w Ukrainie, wielu światowych polityków i dziennikarzy wspomina zdania, jakie osiem, dziesięć, dwadzieścia lat temu wypowiadał przywódca Rosji. Słowa - zapowiedzi. Słowa wstępne do dzisiejszych wydarzeń. Dziś mówi się również, że "dyplomacja zawiodła". Ale czy mogła zdziałać więcej? Agresor akceptuje jedynie taką formę dyplomacji, która spełnia jego oczekiwania. Później prosi o więcej. Jak bandzior. Jak ten, który wymyślił cudzy dług, a następie dopomina się o jego spłatę. Ciągle i ciągle. Agresor atakuje, przesuwa granicę. Dobiera słowa, które mają wzbudzić strach. Projektuje działania tak, żeby oddziaływały na cudzą psychikę. Nie zawaha się także uderzyć. Dosłownie. Z piąchy lub rakietą. Przecież wcześniej ostrzegał... Agresja jest prosta, bo nie wymaga szacunku. Jego brak widać w propagandowej komunikacji, w absurdalnej logice, w zmienianych definicjach wartości. Agresor nie atakuje, to jego atakują i dlatego - sprowokowany - broni się. Agresor nie wywołuje konfliktów, on działa tak, żeby im zapobiec w dużej skali. Agresor nie jest napastnikiem, on jest obrońcą - kogoś lub czegoś. Jawne kłamstwa, w które sam chce wierzyć. Ale to dotyczy sprytnego politycznego agresora. Ten mniej skomplikowany - jak na przykład piłkarski kibol - "walnie z dyńki" za kolor szalika lub czyjeś spojrzenie. To także agresor, tyle że prościutki. Wielkie wojny wywołują mali ludzie. Nie wzrostem, lecz duchem. Ludzie, którym wydaje się, że mając cel, mają również prawo decydować o losie innych. Konflikty w firmach lub w gronie rodziny także rozpoczynają ci, których wewnętrzny agresor zdominuje wewnętrznego dyplomatę. To model "kultura - natura". Tam, gdzie nie dba się o kulturę, zawsze wygra natura. Tam gdzie pielęgnuje się kulturę - również tę dotyczącą współpracy i relacji - tam natura agresora nie będzie mogła wzniecić poważnego konfliktu. Źródła agresji to inny temat. Niech zajmie się nim psychologia. Jednak wewnętrzny napastnik objawi się w agresywnym stylu komunikacji. Wówczas jest czas - albo na stanowczą reakcję (wobec agresora), albo na zmianę życiowej postawy i ćwiczenie uważnej komunikacji. Takiej, której jakość wywodzi się z szacunku do drugiego człowieka. To ważne tym bardziej, że agresywny styl komunikacji jest często skuteczny, zaś jego skuteczność umacnia w osobach agresywnych przekonanie, że postępują słusznie. W ten sposób hodują w sobie napastliwe nawyki komunikacyjne oraz wykształcają cechy, które obrócą się przeciwko innym. W domu, firmie, na gruncie polityki. Agresywny styl komunikacji to nie tylko podniesiony głos, słowne grożenie lub dwuznaczne sugestie działań. To także niewerbalny pokaz dominacji - zdecydowane pochylenie się w stronę rozmówcy, uporczywy kontakt wzrokowy, zaciskanie żuchwy, dłoni, szerokie rozstawienie ramion, sarkastyczny uśmieszek. To także nagłe zakończenie rozmowy, odłożenie słuchawki bez słowa, celowa zmiana natężenia głosu - z głośnego do szeptu. Czasem ostentacyjne bagatelizowanie rozmówcy, deprecjonowanie jego wypowiedzi, naśmiewanie się z cudzej opinii. Znacie to? Ktoś, kto nadużywa agresywnego stylu komunikacji spowoduje wiele konfliktów i wewnętrznych rozłamów. W rodzinie skłóci jej członków, w firmie będzie przyczyną dużej rotacji pracowników i zahamowania rozwoju, w polityce zbuduje dyktaturę i być może doprowadzi do wojny. Każdemu z nas zdarza się przyjęcie tego stylu komunikacji. Bywa użyteczny. Ale kwestią zasadniczą jest, jak często i jak chętnie z niego korzystamy. Agresor także ma swoje lęki. Nie potrafi dobrze radzić sobie z osobami, które nie są podatne na jego groźby i strach. Boi się, że jego metody przestaną działać i straci poparcie tych, których w różny sposób kontroluje. Agresor nie drży przed innym agresorem. Przeciwnie - ten zachęca go do walki. Boi się natomiast człowieka, który działa spokojnie, kompetentnie i metodycznie. Napastnik unika osób, które mają odmienne wizje oraz potencjał, aby skutecznie "zarazić" nimi najbliższe otoczenie agresora. Utrata kontroli oznacza bezsilność agresywnego stylu komunikowania. Jedyne co agresor może wówczas zrobić, to pójść 'na całość", ale to z kolei może również oznaczać jego koniec. Ludzie niepewni własnej wartości bardzo często chcą udowadniać innym swoją rację. Na zewnątrz są pewni siebie. Wewnątrz pełni niepewności. Domagają się zatem uznania swojego "zewnętrznego" wizerunku, jako jedynego prawdziwego. Wojny i konflikty wzniecają mali ludzie. By osiągnąć swój cel, sięgają po proste i skuteczne narzędzia - strach, gniew, siłę. Czy dla celu mają się wysilać? Czy powinni proponować komuś rozwój, dawać idee, poświęcać się "pracy u podstaw", pracy twórczej, której efekty pojawią się po wielu, wielu latach i być może nie za jego życia? Bez szans. Agresor chce "tu i teraz". Lecz nie jest to buddyjska mantra świadomości, lecz chciwość i maksymalna droga na skróty do spełnienia partykularnych zachcianek. Piotr

  • Zagrajmy to jak Bowie! Co zrobić, gdy grozi nam stagnacja i przewidywalność?

    W kraju gra Orkiestra WOŚP. Po raz 30-ty wspólnie robimy coś naprawdę dobrego. Gdy już jednak odkleimy z kurtek serduszka, pamiętajmy, że muzyka może grać dalej. Także w biznesie. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Rutyna i przewidywalność także. Wiosna ładuje życiową energię, jesień przygotowuje do zimowego wyciszenia. Ale czasem potrzebujemy czegoś innego. Potrzebujemy zmiany. Impulsu. Nasz biznes kostnieje, komunikacja staje się monotonna, bezosobowa, robotyczna. W zespoły wkrada się zniechęcenie i tak zwana "twórcza niemoc". Głowy spuszczone, na korytarzach coraz mniej uśmiechu, coraz więcej zdań typu "nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem..." Co robić? Zagrajmy Bowiego! Znany z niezwykłej wręcz kreatywności David Bowie opierał swoje działania na dadaistycznej technice cut-up. Technice, która może pomóc nam przełamać twardniejące - jak beton - schematy. Pobudzić i zainspirować do korzystnej zmiany. Czym jest cut-up? Najprościej mówiąc, jest pocięciem na mniejsze lub większe kawałki opracowanego pomysłu, naszej twórczości. David Bowie ciął gotowe teksty piosenek, zestawy utworów na koncerty, zdjęcia z modowymi stylizacjami. Ciął i składał na nowo, w różnych konfiguracjach. W ten sposób otwierał sobie zupełnie inną przestrzeń do interpretacji. Zyskiwał nowe spojrzenie i odmienny od dotychczasowego punkt wyjścia do dalszych działań. Technika cut-up pomagała mu zwrócić uwagę na te elementy przekazu, które wcześniej wydawały się mniej istotne. W efekcie powstawały nieoczywiste kombinacje słów, zdań, a cała twórczość nabierała rysu oryginalności. Podobnie jak jego wizerunek. Pomyśl inaczej. Ile nudnych, standardowych spotkań, OPR-ów, albo burz mózgów mogłoby stać się bardziej efektywnymi, gdybyśmy otworzyli się na mix różnych pomysłów, spostrzeżeń lub trendów! Czy takie twórcze działanie może wpuścić w firmowe szeregi nieco świeżej energii? Czy okresowe skruszenie schematu może poprawić nastroje? Czy pracownikom może przynieść więcej radości, luzu i nadziei na pozytywną odmianę? Czy wreszcie może dać impuls do stworzenia czegoś naprawdę zachwycającego? Burza mózgów związana z przetasowaniem idei, posklejaniem zupełnie różnych mozaik ma szansę dać biznesowi nową jakość. W tym procesie komunikacja staje się inspirująca. Tworzy nowe i pozwala rozwijać kreatywność pracowników. Firmowy cut-up w 5 krokach. Z odpowiednim wyprzedzeniem poproś współpracowników o przygotowanie wielu różnych pomysłów dotyczących omawianego zagadnienia. Rozpocznij spotkanie przypominając zasady burzy mózgów, ale jednocześnie... ...zaskocz obecnych nowym sposobem pracy. Pozwól uczestnikom "zachłysnąć się" twórczą atmosferą, a potem zbierz pomysły i zacznijcie odważnie je łączyć, dzielić, miksować. Wybierzcie wspólnie najciekawszy scenariusz i odpocznijcie przez tydzień. Zbierzcie refleksje (oraz wątpliwości), a następnie dokończcie pomysł w oparciu o najciekawsze spostrzeżenia. Spróbować warto. Choćby dlatego, żeby oderwać się od zbyt długiej stagnacji, albo poczuć, że wciąż stać nas na "coś więcej". I zacząć się uśmiechać! This is Major Tom to Ground Control. "I am stepping through the door..." Piotr Blog o komunikacji / Komunikacja wewnętrzna / Komunikacja inspirująca / Kultura uśmiechu

  • Gdy mówią mi, że komunikacja jest "niepoliczalna"...

    Marketingiem, PR-em, komunikacją zajmuję się zawodowo od ponad piętnastu lat. W tym czasie bardzo często stawałem się adresatem pytań lub twierdzeń, które podważały sens, biznesową potrzebę komunikacji. Głównie jej, bowiem marketing i public relations stały się rynkową codziennością, a pokolenie 20-latków nie pamięta nawet czasów, kiedy i te aktywności budziły podobne refleksje. Czyli co, autobusem jeździsz? Tak, mniej więcej pięć lat temu, dopytywała znajoma księgowa, której powiedziałem, że zawodowo zajmuję się komunikacją. Ta zabawna sytuacja uświadomiła mi wówczas, że dla wielu osób "komunikacja w firmie" to temat trochę abstrakcyjny. Minęło kilka lat, a przy okazji spotkań branżowych słyszę podobne opowieści i podobne zdumienia. I fajnie! To znaczy, że jest nad czym pracować. Doskonale jednak rozumiem frustrację osób, które czują się zmuszone udowadniać innym, nawet wewnątrz własnej firmy, że komunikacja ma sens lub że jej jakość jest silnie związana z zaangażowaniem pracowników, kooperantów oraz wynikami firmy. I to właśnie jest jeden z powtarzających się "zarzutów". 1. "Komunikacja nie przekłada się na wyniki firmy". Komunikacja jest narzędziem. To nie narzędzia (nawet te najlepsze) przekładają się na wyniki, lecz to, w jaki sposób ich używamy. Po drugie komunikacja jest również procesem, a ten z reguły wymaga czasu oraz zaangażowania. Jeśli jednak nie rozumiemy wagi procesów zachodzących pomiędzy ludźmi, to trudniej nam będzie budować efektywną, fajnie rozwijającą się firmę. Poza tym biznesowe efekty działań komunikacyjnych można dziś mierzyć różnymi, szeroko opisanymi i wciąż rozwijanymi, metodami. To nie jest żadne hokus-pokus, tylko ogólnie dostępna wiedza. 2. "Komunikacja to obszar nieostry, niepoliczalny..." Ciekawe jest to, że gdy pytam mojego rozmówcę "a co masz na myśli, mówiąc "nieostry, niepoliczalny"?", najczęściej pada odpowiedź w rodzaju "no nie wiem...no wiesz...trudno wyrazić jej efekty liczbami". Najpewniej chodzi właśnie o mierzalność efektów, którą można ująć w raportach i później rozliczyć. Jednak pozostańmy chwilę między ludźmi, na ziemi i zastanówmy się nad prostym rachunkiem. Z iloma osobami codziennie rozmawiamy? Z iloma ludźmi współpracujemy? Ile osób wydaje nam zawodowe prośby i polecenia, a ilu osobom my je wydajemy? Z iloma ludźmi wypracowujemy kompromisy, ilu codziennie słuchamy, aby dowiedzieć się czegoś nowego, zdobyć wiedzę lub umiejętności, albo tak po prostu - żeby pozwolić komuś wygadać swoje problemy? Czy te wszystkie wspomniane osoby spotykają się z innymi (np. z członkami swoich rodzin) i przenoszą na nie emocje, które otrzymały po naszych rozmowach? Czy są to emocje pozytywne, a może niszczące? Czy jesteśmy dla nich źródłem inspiracji, czy może raczej stresu? To wszystko jest policzalne! Biznes jest oparty na relacjach. W dłuższej perspektywie jakość tych relacji będzie kluczowa dla interesu firmy. Jeśli ktoś uważa zatem, że komunikacja jest "nieostra, niepoliczalna", to prawdopodobnie dlatego, że nie rozumie lub deprecjonuje jej wagę. Być może nie jest świadomy korzyści, które prędzej lub później uzyska. Być może lekceważy też fakt, że przy lepszej komunikacji pracownicy chętniej angażują się oraz szybciej rozwijają przedsiębiorstwo. Doskonale rozumiem frustrację osób, które czują się zmuszone udowadniać innym, że komunikacja ma sens lub że jej jakość jest silnie związana z zaangażowaniem pracowników, kooperantów oraz wynikami firmy. 3. "To proste zajęcie. Każdy może zajmować się komunikacją". Tak. Każdy może być też prawnikiem. Prawo wymaga wiedzy i studiów? Większość osób potrafi naszkicować podstawowy model komunikacji, taki z nadawcą, odbiorcą i zakłóceniami. Gdy jednak zapytamy "czego ten schemat nie pokazuje?", wówczas często słyszymy ciszę. Tak, komunikacja także wymaga wiedzy, umiejętności oraz doświadczenia. Studia? Świetni są ludzie po psychologii, dziennikarstwie, socjologii... Znam też kapitalnego specjalistę po Akademii Rolniczej. Na drugą łapkę...znam prawników, analityków finansowych, ekonomistów, którzy przed każdą formą otwartej komunikacji najchętniej czmychnęliby do szafy. I w porządku! Właśnie dlatego potrzebni są ludzie, którzy wiedzą co w tym temacie robić. 4. "Komunikacja w tej firmie nie działa!!!". Już widzę tego wszystko wiedzącego prymusa, szefa szefów, który siedzi za biurkiem i głośno mówi, że "komunikacja mu nie działa". Pewnie nie dostał jakiegoś maila, albo ktoś zapomniał poinformować go o czymś (być może nawet mało...) istotnym. Muszę rozczarować. Komunikacja działa! Może działać lepiej lub gorzej, ale tam, gdzie ludzie ze sobą współpracują ona działa. Jakakolwiek emocjonalna opinia szefa szefów tego faktu nie zmieni. Gorzej, że tego rodzaju zdanie świadczy raczej o postawie roszczeniowej. Ja jestem tym, który ma dostać informację. Końcową, kompletną, precyzyjną. Taką, jakby ktoś posiadał kryształową kulę i mógł przewidzieć, czego dokładnie oczekuję. Piszę o osobie, która w pewnym sensie dobrowolnie wyłącza się z procesu komunikacji, a potem mówi, że ta nie działa. Co w powyższej sytuacji szef szefów powinien zrobić? Zapytać o informacje, których nie ma. Lub też poprosić, aby w przyszłości je otrzymywał. Ale nawet jeśli je otrzyma, to być może powinien dopytać o to, czego w nich nie ma, a co jest dla niego istotne. Tak działa komunikacja. Jest procesem minimum dwustronnym. Jeśli oczekuję, że będzie działała "obok mnie lub dla mnie", to znaczy, że nie jestem w nią zaangażowany. 5. "Ludzie od komunikacji sami mają problemy z komunikacją..." Zdarza się. Szewc wszak bez butów chodzi. Pamiętajmy jednak, że komunikacja (jako narzędzie) rozwija się bardzo szybko. Jest dziedziną interdyscyplinarną, zasilaną wiedzą z wielu źródeł oraz wykorzystującą nowinki techniczne, badania społeczne, żywy i wciąż zmieniający się język. Tutaj łatwo o pomyłki. Zwłaszcza w środowiskach wielokulturowych, wielopokoleniowych, o silnie zróżnicowanym światopoglądzie. Nie bronię i nie atakuję. Sam popełniam błędy. Fajne jest jednak to, że komunikację doskonalimy cały czas, a pomyłki - nawet te bolesne - uczą. 6. "Nie trzeba dobrze komunikować, żeby odnosić sukcesy". Tak, to prawda. Jest także wielu prezesów, którzy nie czytają książek, ani prasy i w rozmowach nie zamierzają "przebierać w słowach". Krzykliwi ludzie potrafią dominować. Co nie zmienia faktu, że wielu osiągających sukces managerów widzi potrzebę "klasy". Chcą dobrze, jakościowo komunikować. Wiedzą co, jak i dlaczego przekazują. Czytają, rozwijają się, zwracają uwagę na potrzeby swoich podwładnych. Co więcej, potrafią odróżnić szacunek od strachu, który wobec nich wyrażają pracownicy lub partnerzy. Ale tak, to prawda. Nie trzeba dobrze komunikować, że odnosić sukcesy. Tyle, że warto. Dla dobrostanu szefa i jego ludzi. A jeśli takie podejście dla kogoś oznacza "socjalizm", to przynajmniej niech dba o komunikację z myślą o swoim firmowym kapitale. Wówczas łatwiej będzie zrozumieć komunikacyjną "policzalność". Piotr Blog o komunikacji / Komunikacja wewnętrzna / Komunikacja w biznesie / Kultura komunikacji / Kultura uśmiechu

  • Pokornie...proszę

    JA jest wszechobecne. JA dominuje. Moje JA jest ważniejsze niż twoje. Jeśli zaś nie uznajesz mojej narracji, to mam prawo cię zignorować. Pokora nie jest dziś w cenie. W wielu firmach w cenie jest natomiast arogancja, która implikuje cały szereg problemów komunikacyjnych. Nie powiem, że w ludziach jest coraz mniej pokory. Nie mam ku temu podstaw i nie wierzę nawet, aby tak właśnie było. Jednak wiem, że niepokornych postaw - szczególnie w biznesie - jest wiele. O wiele za dużo. Nie ma tygodnia, żebym nie słyszał lub czytał opowieści tych, którzy zetknęli się z nietykalnym ego swoich przełożonych lub kolegów/koleżanek z pracy. Emocjonalny koszt takich zetknięć, choćby jednego lub dwóch w tygodniu, może być ogromny. Może mieć także (i pewnie ma) duże przełożenie na inne osoby w firmie i cały jej biznes. Kultura, w której żyjemy preferuje wyjątkowość, wybitność, sukcesy, ładne obrazki. Lecz obok presji, która jest im przypisana, pojawia się też szczególny język aspiracji i potrzeb. Zetkniemy się z nim na kanałach społecznościowych, w wywiadach, zobaczymy w podrasowanych (czasami aż do przesady) zdjęciach. Usłyszymy go na spotkaniach, firmowych korytarzach, spotkaniach z szefem. Coraz częściej także spotykamy się z nim w relacjach prywatnych. Wyrażanie swoich aspiracji oraz potrzeb to rzecz naturalna i potrzebna. Ale ważne jest, jak to robimy i czy nie towarzyszy nam arogancja. Od rynkowych "rekinów", w przeróżnych motywacyjnych książkach i podczas szkoleń padają zachęty typu: Głośno manifestuj swoją wyjątkowość! Stanowczo - niczym Dali - stwierdzaj wobec innych, że to ty jesteś najlepszy! Podkreślaj, jak wiele zawdzięczają ci inni ludzie. Często wyliczaj swoje zasługi! Jeśli ktoś ma do ciebie uwagi, to tylko dlatego, że ci zazdrości. Jeśli na czymś bardzo ci zależy, pokaż kły i walcz! Nie bierz jeńców, biznes nagradza twardych ludzi! Pokora nie jest dziś w cenie. W wielu firmach w cenie jest natomiast arogancja, która implikuje cały szereg problemów komunikacyjnych. A prywatnie? Osobiście znam kilka osób, które często mówią o empatii, ale tak naprawdę nie wiedzą, czym ona jest. Rozmowę z drugim człowiekiem traktują - niezależnie od prawdziwych powodów spotkania - jako doskonałą okazję do postawienia się w centrum uwagi oraz w centrum cudzego podziwu. Przypominam sobie obrazek z kawiarni. Jeden stolik, dwie osoby, rozmowa. Prawie nie zadają sobie pytań, nie dociekają, nie pogłębiają treści. Można zauważyć, że czekają tylko na chwilę ciszy, aby "wypluć z siebie" cały potok własnego "przekazu". A gdy tylko cisza się pojawi, siedząca naprzeciwko osoba wyrzuci z siebie swoją opowieść. Jakby była ważniejsza niż ta, którą przed chwilą usłyszała. No właśnie...usłyszała? Przypominam sobie ten obrazek często, zwłaszcza wtedy, gdy sam podążam na spotkanie. Pokora, choć posiada w sobie ogromną siłę, często ustępuje arogancji. Do tej drugiej już zdążyliśmy się przyzwyczaić w świecie polityki i show-biznesu. Jednak arogancja ma się świetnie także w wielu firmach. W takich przypadkach z komunikacją jest wówczas odwrotnie - cierpi. Arogancja przejawia się w częstym deprecjonowaniu innych osób, ich dokonań, pomysłów, aktywności a nawet wyglądu. Odbija się w relatywizowaniu, częstym zmienianiu definicji wartości oraz zapisów wewnętrznych kodeksów, regulacji, procedur. Widać ją w celowym kreowaniu sytuacyjnych dwuznaczności, w zachowaniu i języku. Aroganci chętnie stosują przymiotnikową wielość. W ten sposób sugerują innym konkretną ocenę działań lub zachowań. Często dopuszczają się jasno określonych zachowań mobbingowych (Lista Leymanna) i tłumaczą je niezrozumieniem a winę przerzucają na mobbowanych. Aroganci unikają odpowiedzialności, mają osobowość narcystyczną, a ich mocną stroną jest łatwa deklaratywność rezultatów. Jeśli arogant jest szefem, to bardzo prawdopodobne, że komunikację sprowadzi do jednokierunkowej tuby - mówi / nie słucha. Będzie preferował podejście odtwórcze (twórczych się boi) i wynikowe (bez względu na koszty). Pozornie może budować otwartą, luźną atmosferę w pracy, ale gdy tylko pojawią się pierwsze problemy, błyskawicznie ją usztywni. Z per ty wejdzie na pan/pani, a w wysyłanych wiadomościach zastosuje oficjalne zwroty, sformułowania i oskarżenia, również te nie-wprost. Uśmiech i życzliwość rezerwuje zaś głównie na potrzeby "załatwienia sprawy". I co najważniejsze - aroganci - choć wydają się pewni siebie, w istocie tuszują głębokie kompleksy. Pojawia się u nich coś w rodzaju paradoksu pogardy. Mając hierarchiczne pojęcie świata, gardzą tymi, których uznają za gorszych od siebie. Problem w tym, że stosując porównania, nie widzą lub ukrywają swoje własne (często ogromne) słabości. Bywają zatem tymi, którymi sami gardzą. Czy akceptują kulturę organizacyjną? Tak, głównie z konieczności (jeśli są pracownikami). Mogą ją akceptować także jako narzędzie marketingowe, pomagające osiągnąć określone cele. Ale czy w nią wierzą? Współpraca z arogantem jest trudna. Zwłaszcza dla ludzi, którzy mają w sobie pokorę. Takie osoby doceniają innych, lubią się rozwijać, zdobywać i wymieniać się wiedzą. Znają swoje ograniczenia, ale one często nie mają wpływu na ich pewność siebie. Bywają wnikliwymi obserwatorami, których opinia jest pogłębiona i wartościowa. Pokorni ludzie nie potrzebują walczyć. Nie koloryzują, nie manipulują, nie grają złymi emocjami. Ich język i sposób komunikacji oparty jest na szacunku do innych. Czy zatem wbrew hasłom rzucanym przez błyskotliwych "rekinów biznesu" lub politycznych krzykaczy mogą przewodzić? Owszem. I dzieje się tak najczęściej wówczas, gdy stawiają na nich ci, którzy sami cenią pokorę i systematyczny rozwój. Thomas Jefferson, jeden z najlepiej ocenianych prezydentów USA i współtwórca Deklaracji Niepodległości, był ceniony za swoją prostolinijność i kierowanie się wizją. Nie potrafił dobrze przemawiać, ale siłą jego dwukrotnej prezydentury była pokora, którą pokazał już w pierwszej mowie inauguracyjnej. "Wezwany, aby podjąć obowiązki naczelnego organu wykonawczego naszego kraju, korzystam z obecności tych współobywateli, którzy tu się zebrali, aby wyrazić swą wdzięczność i podziękowania za życzliwość, z jaką oni patrzą w moim kierunku, by wyrazić szczerą świadomość, że to zadanie przewyższa moje talenty, że podchodzę do niego z niepokojem i najgorszymi przeczuciami, które ogrom zadania i słabość moich mocy tak sprawiedliwie we mnie wywołują". Znam jednak i takie osoby, które obserwując u siebie tendencje do zachowań aroganckich, zaczęły nad sobą systematycznie pracować. Jak? Poprzez zmianę stylu komunikowania. Wykształcone, nowe nawyki spowodowały nie tylko pozytywną zmianę w ich relacjach biznesowych, ale również przyniosły sporo satysfakcji z samego poczucia zmiany. A to z kolei zaowocowało tym, że ich "aroganckie tendencje" ulegały stopniowemu wyciszeniu. Pokorni ludzie nie potrzebują walczyć. Nie koloryzują, nie manipulują, nie grają złymi emocjami. Ich język i sposób komunikacji oparty jest na szacunku do innych. Komunikacja może wiele zmienić. Wystarczy powoli, ale systematycznie, wprowadzać oraz kontrolować kilka elementów, które dodadzą nieco pokory do stylu, w jakim się komunikujemy. Na co zwracać uwagę? 1. Słuchanie. Czy masz cierpliwość i wolę, aby z uwagą wysłuchać inne osoby bez przerywania, atakowania, zmiany tematu? 2. Dialog. Czy potrafisz pytać, dopytywać i rzetelnie, z szacunkiem odpowiadać na cudze pytania? 3. Twórcza wymiana myśli. Czy cieszy cię opinia innych, odmienne spojrzenie? Czy zachęcasz ludzi do dzielenia się swoimi przemyśleniami, czy szukasz dodatkowych informacji? 4. Uśmiech i życzliwe gesty. Czy stwarzasz wokół siebie atmosferę życzliwej współpracy? Czy twoi współpracownicy chętnie przychodzą do ciebie, czy może robią tylko wtedy, gdy już naprawdę muszą? 5. Używanie mniejszej ilości przymiotników. Czy manipulujesz oceną faktów? 6. Umiejętność streszczania myśli. Czy potrafisz znaleźć sedno problemu i sprowadzać go do jednego, dwóch zdań? Czy może prowadzisz wywody, które zamazują właściwy problem? 7. Dowartościowanie. Czy dowartościowujesz ludzi? Pamiętaj, że dowartościowanie niesie za sobą uzasadnienie, a komplementy często bywają puste. 8. Niedoskonałość. Czy przyznajesz się do niewiedzy, czy znasz swoje ograniczenia, czy umiesz przyznać się do błędu, czy jesteś wyrozumiały dla innych, gdy popełniają błąd? 9. Empatia. Tak, nie jest łatwo być empatycznym. Jednak nie można mylić empatii z okazją do zaspokajania swoich emocjonalnych potrzeb i potrzeby uwagi. Pomyśl, czy jesteś dla kogoś, czy dla siebie? Pokora nie umniejsza i nie spowalnia naszych działań. Wręcz przeciwnie, pozwala doceniać innych ludzi, dostrzegać nowe idee, możliwości i szanse. Pomaga nam zapamiętać, że nie jesteśmy nieomylni i że świadomy rozwój jest tym, co przynosi faktycznie korzyści. Nam samym oraz firmom, dla których pracujemy. Pokornie proszę... pamiętajmy o tym. P. Kultura komunikacji / komunikacja wewnętrzna / komunikacja interpersonalna / kultura uśmiechu

  • Szkolić, szkolić, panie kierowniku...

    Czy firma powinna uczyć komunikacji? Czy to ma biznesowy sens, czy jest sztuką dla sztuki, waniliową kawą millenialsów? Mój znajomy zaskoczył mnie tym pytaniem podczas jednego ze zwykłych towarzyskich spotkań. Zaskoczył tym bardziej, że w firmie, w której pracuje odpowiada za obszar rozwoju i sam szkoli. Owszem - szkoli "na twardo", czyli wszystkie firmowe konkrety - produkty i narzędzia pracy. Ale jednak zna procesy szkoleniowe bardzo dobrze, potrafi diagnozować potrzeby, potrafi logicznie i systemowo układać programy. Chętnie i często używa pojęć typu "reskilling" albo "upskilling" i w moim odczuciu dość trafnie opisuje po-covidowe zmiany na rynku pracy. Tymczasem, zadał mi pytanie, za którym stał cały szereg wypowiedzianych obaw. 1. Firma wydaje pieniądze na coś, z czego nie ma szybkiego zwrotu. 2. Szkolenie "z gadania" to nie jest firmowy "core business". 3. To moda zbzikowanej młodzieży, która woli być trendy niż się "narobić". 4. Jeśli firmy będą podążać w tym kierunku, to pojawią się następne modne wymagania, które tworzą jedynie koszty, jak np.strefy relaksu i firmowy psycholog. 5. Każdy jakoś komunikuje, lepiej skupić się na generowaniu zysku. Gdy ludzie zarobią, to sami będą się szkolili z czego chcą. 6. Od uczenia komunikacji jest dom i szkoła, a nie zakład pracy. Kilka małych punktów kryjących naprawdę wielkie obawy. Szanuję ludzi i ich zdanie, dlatego rozumiem, że dla mojego znajomego cykl szkoleń poświęconych jakościowemu komunikowaniu może wydawać się pewną ekstrawagancją. Staram się powstrzymywać od ocen i niechętnie zagłębiam się w czyjeś lęki. Ale znamy się...znamy się kilka dobrych lat, więc automatycznie moje myśli szybko skropliły swoją treść. Patrząc z pewnego dystansu, widzę mężczyznę w "mocno średnim" wieku, którego szlify biznesowe przypadają na wczesne lata 90., gdzie wykazywał się dobrze (wówczas) przyjmowaną zasadą, że im więcej "tłuczesz" nadgodzin, im więcej dajesz z siebie, zarywasz noce i weekendy, to w końcu ktoś zwróci na ciebie uwagę i awansujesz. Widzę człowieka, który sfrustrowany jest tym, że jednak prezesem nie został i nikt nie zwrócił (jeszcze) na niego uwagi. Słyszę, że nie do końca chce zrozumieć współczesny świat i potrzeby młodszych pokoleń. Słyszę to w języku - lekka pogarda wyrażona w słowach "fanaberia", "trend", "waniliowa kawa", lub też w mocniejszych stwierdzeniach typu "w d...ach się im poprzewracało". Bo gdy on był w ich wieku, to... Widzę człowieka, który będzie bronił liczb w ich krótkim wymiarze - oby się zgadzały na koniec kwartalnego projektu, oby umiał je obronić przed szefem, a co potem....to potem. Słucham mężczyzny, który w swoim zespole w zasadzie nie ma kobiet, bo "faceci lepiej dają radę". Widzę również człowieka, który z pewnością zaobserwował, że świat wokół niego bardzo się zmienił i prawdopodobnie boi się, że dziś mentalnie bliżej mu już do emerytury niż do kreowania nowych idei. Wesołka, poczciwca, który z każdym kolejnym drinkiem coraz chętniej broni "starych, dobrych czasów polskiego kapitalizmu". Ale Ty? Ty jesteś młodszy, to tego może nie widzisz - kończy swój wywód bez czekania na to, co mam do powiedzenia. Czy firma powinna...? To nie jest dobre pytanie. Właściwe brzmi "dlaczego powinna?" Przyznaję, dla mnie jest to kwestia dość prosta. Wiele firm powinno pomyśleć o szkoleniach z komunikacji. Już choćby dlatego, że zatrudniają dziesiątki, setki, tysiące różnych osób. Ludzi przyjętych głównie według dwuatrybutowego klucza wiedzy i umiejętności, czyli niepełnej kompetencji. Dlatego, że biznes oparty na podaży i popycie jest w istocie oparty na ludziach tworzących podaż i popyt. Tych, którzy tworzą wizję, tworzą produkty, potrafią je sprzedać, zbudować rynek oraz tych, którzy kupują i tych, którzy dystrybuują. A wszyscy z nich mają swoje rodziny, bliskich i znajomych. Tworzą wielowymiarowe relacje, które są istotne z punktu widzenia rozwoju firmy, rozwoju jej pracowników, produktów, wizerunku oraz budowanej przyszłości. Komunikacja należy do kluczowych kompetencji XXI wieku. Czy biznes stać na to, aby ignorować jej jakość? Biznes to w największym skrócie relacje. W jaki sposób tworzyć, umacniać i rozwijać relacje bez komunikacji? W jaki sposób podejmować współpracę lub rozwijać wszystkie jej składowe elementy bez podstawowego narzędzia homo sapiens? Rozwijanie umiejętności komunikacyjnych to nic innego, jak rozwijanie biznesu. Przy czym zwrot z tej "inwestycji" objawi się - prędzej lub nieco później - w postaci wyższych przychodów. Firma, która dba o jakość komunikacji, dba również o pracowników, o ich psychiczny oraz fizyczny dobrostan. O to, aby czuli komfort pracy i relacji, które współtworzą. To przenosi się na zaangażowanie, kreatywność, poczucie zadowolenia, bezpieczeństwa oraz na same wyniki. Jakościowa komunikacja wyklucza mobbing, nadużycia "władzy", sprzyja twórczemu dialogowi i pomaga stworzyć przestrzeń do efektywnej, satysfakcjonującej współpracy, czyli tak zwaną (przeze mnie) kulturę uśmiechu. "Core businessem" każdej firmy jest jej rozwój. Można zatem zadać sobie pytanie, czy firma chce rozwijać się lepiej, czy gorzej? Co będzie wyznacznikiem tego rozwoju? Wzrost przychodów lub zysków, wzrost pracowników, większy portfel klientów, nowe obszary działań, nowe rynki? Obojętnie, który wyznacznik rozwoju jest dla nas istotny, jego składową zawsze jest komunikacja. Dlatego właśnie firma powinna... Dylemat "szkolić / nie szkolić" ma jeszcze jeden wymiar. Czy firmy mogą dziś pozwolić sobie na to, aby ignorować jedną z najważniejszych kompetencji XXI wieku? Kompetencję, która ma kluczowy wpływ na nas samych. Ten wymiar jest związany z rozwojem nas wszystkich i leży w interesie nas wszystkich. Również - a może przede wszystkim - interesie firm. Bo biznes, aby istniał, potrzebuje - póki co - ludzi. p. Kultura uśmiechu / Komunikacja wewnętrzna / Szkolenia kompetencji komunikacyjnych / Jakość komunikacji w firmie

  • Praktyka 2. "Start. Mówię"

    Nie raz, nie dwa razy, nie trzy... Wielokrotnie myślałem o tym, dlaczego niektórych słucham chętniej niż innych i robię to nawet wtedy, gdy nie mają nic wyjątkowego do powiedzenia. Za którymś razem powiedziałem: "ok, zobaczmy". Wyciągnąłem notes, posegregowałem myśli, pojawiły się pierwsze powtarzające się hasła, które później multiplikowały przy okazji kolejnych zasłuchań. Od samego początku było dla mnie jasne, że moi ulubieni "gadacze" mają cechy wspólne, zarówno osobowe, jak i te wynikające z używanego języka (zasób słownictwa, używane konstrukcje, chwytliwe neologizmy, posługiwanie się różnymi środkami stylistycznymi). Ale zanim dotrze do nas sens wypowiadanych słów, słyszymy ich melodię. Słyszymy to, jak brzmią i jakim strumieniem do nas płyną. I to są sidła, w które z wielką ochotą sami wpadamy. "JAK" (mówimy) jest bardzo ważne. "JAK" otwiera drogę do zainteresowania treścią. Sposób w jaki mówimy jest równie ważne jak to, co mówimy. Sposób wypowiedzi świadczy o naszej osobowości, buduje naszą tożsamość. Dla większości z nas jest to oczywiste. Jednakże pomimo tej oczywistości mówimy tak samo, jak oddychamy, czyli z reguły nieświadomie. Robimy to byle byle. Byle wyrzucić z siebie słowa, które w danym momencie wyrzucić potrzebujemy. To prawda... Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że przynajmniej część z moich faworytnych "gadaczy" nie gada przypadkiem, a ich sidła to w istocie świadoma praktyka. O tym ciut więcej na końcu. Początek jest dość banalny. RTG. RTG, czyli rytm, tempo, głośność. Ludzie, których słucham z przyjemnością bawią się tempem wypowiadanych zdań. Podkręcają je w odpowiednim momencie lub zwalniają, gdy wymaga tego opowieść. Mówią głośniej, gdy chcą coś zaakcentować, a czasem ciszej, gdy chcą przykuć czyjąś uwagę. Rytm opowieści jest dostosowany do jej charakteru. Często jest prosty, ale dostojny, podobnie jak historie bajane przez dowolnego członka Buena Vista Social Club w filmie Wendersa. Dalej są: kropka i pauza. Jak u Hitchcocka. Niektórzy wiedzą, w którym momencie najlepiej zawiesić głos, gdzie ulokować pauzę, żeby nadać charakteru całemu zdaniu lub całej wypowiedzi. Wiedzą także jak stawiać kropkę. Koniec zdania to koniec zdania. Koniec twierdzący. Nie jest to pytajnik, jak u wyrwanego do odpowiedzi ucznia. Co wydarzyło się w 1410 roku? Bitwa... pod Grunwaldem..? Nie jest to manipulacyjna paskuda, jak u polityka, który niby kończy, ale chciałby coś zasugerować, niby sugeruje, ale jednak kończy... Kropka to kropka. Trzeba umieć ją postawić we właściwym momencie. Kolejna jest cisza. Ludzie XXI wieku boją się ciszy. Cisza podczas zebrania lub spotkania biznesowego wcale nie jest krępująca. W opinii wielu businessmanów jest śmiertelnie zła. Ludzie się jej boją, a może nawet wstydzą. Cisza jest jak towarzyska dżuma, która z niewiadomych przyczyn zwiastuje niekompetencje lub wyraża czyjeś zdenerwowanie. Tymczasem cisza jest ciszą. Ma swoje znaczenie. Cisza uspakaja, nadaje powagi, przygotowuje do składnej wypowiedzi. Często świadczy o klasie rozmówcy. Bo żeby posługiwać się ciszą, trzeba mieć klasę. Co dalej? Skondensowana odpowiedź. Nie wodolejstwo, nie ucieczka od odpowiedzi, nie wymijanie, które gubi rytm i formę. Odpowiedź rzetelna, pełnym, wartkim zdaniem. Skondensowana wypowiedź pokazuje również, że rozmówca myśli o tym, co mówi i jak mówi. Jest skoncentrowany na pytaniu oraz jednocześnie na swojej odpowiedzi. Nie skupia swojej uwagi na slalomie "co powiedzieć, żeby nie powiedzieć". Po prostu, jest skoncentrowany na samej odpowiedzi. Umiejętność odpowiedzi pytaniem. Mówi się, że to brzydkie. Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. Czasem jednak (czasem!) jest to uzasadnione. Zwłaszcza, gdy ma się dobre porównanie, które nadaje szczególnego charakteru czyjejś wypowiedzi lub samo w sobie sugeruje odpowiedź. Barwa głosu. Podobnie jak wielu ludzi, wolę barwy niższe niż wyższe i cieplejsze od chłodniejszych. Jednak znam też osoby o piskliwym głosie, które potrafią pięknie owinąć moje myśli wokół swojej opowieści. Człowiek, nie robot. Odpychające są dla mnie wszelkie wypowiedzi, które brzmią technicznie, beznamiętnie, jakby adwokat odczytywał kolejne nudne artykuły wybranego kodeksu. Są tacy rzecznicy prasowi, którzy z wyraźnym znudzeniem powtarzają dokładnie te same formuły od dziesięciu lat, a przygotowywane przez nich komunikaty są niemal kalką poprzednich. Oczywiście, w niektórych przypadkach tego rodzaju komunikowanie może być po prostu skuteczne. Dodając jednak odrobinę nieszablonowości, zyskujemy u odbiorcy duży kredyt zainteresowania. Rzecz bezcenną w dzisiejszym świecie mediów. Pamiętajmy, że w naszym głosie słychać uśmiech i życzliwość. Słychać, gdy mamy dobre intencje i gdy czujemy się bezpiecznie. Słychać też złość i całą "ciemną stronę mocy". Emocje oraz uczucia trafiają na struny naszego wokalnego instrumentu bez pytania. I również bez zgody użytkownika ujawniają to, co emocjonalnie skrywa w sobie. I na koniec..."Start. Mówię" Od jednej z osób, której słucham z przyjemnością dowiedziałem się - i było to dość zakasujące odkrycie - że przyjemna dla ucha forma jej wypowiedzi jest całkowicie świadomą praktyką. Żaden tam dar, czy talent. Kiedyś po prostu mówił. Ale później, za każdym razem, gdy chciał cokolwiek powiedzieć - nawet zwykłe "dzień dobry" w sklepie - mówił sobie w myślach "Start. Mówię". Po tej komendzie stosował się do wszystkich ćwiczonych przez siebie elementów. A czemu to robił? Bo zauważył, podobnie jak ja wiele lat później, że są osoby, których słucha mu się dobrze, niezależnie od faktu, czy podziela ich opinie, czy też nie. Kim jest? Sekretu z imienia i nazwiska nie zdradzę. Jest to jednak człowiek świadomy tego, że efekty jego pracy są uzależnione od jakości relacji, które nawiązuje i zawodowo rozwija. Jest to człowiek, który musiałby poszukać innego zajęcia, gdyby raptem stracił możliwość mówienia. Będąc świadomym tej zależności, zaczął praktykę "Start. Mówię". Praktyka ta (jak każda inna) oznacza wieloletnie ćwiczenia, masę błędów, intensywny trening służący wypracowaniu właściwych nawyków. A te ... gdy się w nas zadomowią, pozwolą nam dostrzec samych siebie w zupełnie innym - werbalnie - wydaniu. Mój "gadacz" odpala dziś w myślach swoją magiczną formułę już tylko wówczas, gdy ma mówić publicznie, przy okazji dużych wydarzeń. I pozostaje ona pewnym "memento", osadzającym go w realiach miejsca, czasu i jego roli. p. Komunikacja interpersonalna / Praktyka komunikacji / Kultura uśmiechu

Żyjmy spokojniej :)

Kultura uśmiechu / Kultura komunikacji / Komunikacja interpersonalna /
Komunikacja wewnętrzna / Blog o komunikacji

© 2026 Kultura Uśmiechu with Wix.com

bottom of page